“Psy wojen. Od Indochin po Pakistan”

okładka książki "Psy wojen. Od Indochin po Pakistan"

Polskich wojowników na przestrzeni wieków można było spotkać na wielu frontach i wielu polach bitew. I choć jak mówił generał Maczek “żołnierz polski walczy o wolność wszystkich narodów, ale umiera tylko dla Polski”. To jednak są i tacy, którzy walczyli pod obcą banderą. Niektórzy dla pieniędzy, inni w wyniku przypadku, a jeszcze inni by przeżyć przygodę życia. To m.in. o takich ludziach opowiada książka Krzysztofa Wójcika pod tytułem “Psy wojen. Od Indochin po Pakistan – polscy najemnicy na frontach świata“.

Książka, która opisywana jest jako “zbiór reportaży opisujących szokujące fakty o najemnikach z Polski”. A do zakupu i lektury zachęcić ma taki opis:

“Byli członkowie GROM-u, antyterrorysta z jednostki specjalnej, żołnierz FORMOZY, gangster, a potem świadek koronny oraz młokos z prowincji szukający przygód i zarobku co ich wszystkich łączy? Wszyscy na pewnym etapie życia zostali najemnikami: czy to w Legii Cudzoziemskiej, w firmach ochroniarskich w Iraku i Pakistanie, czy w ochronie statków przed piratami.”

Dwie historie o Légion étrangère

Pierwsza połowa tej książki to istotnie historie dwóch młodych mężczyzn, którzy trafiają do Legii Cudzoziemskiej. I tu w zasadzie podobieństwa tych dwóch historii się kończą. Jeden trafia do Légion étrangère na skutek pasma fatalnych zdarzeń. Ścigany przez komunę, oszukany przez werbujących i ostatecznie trafiający do piekła Indochin. Drugi świadomie zgłasza się do Legii w poszukiwaniu lepszego życia i… odnajduje je “na wakacjach życia” z kepi na półce i solidną wypłatą.

Kolejne rozdziały można potraktować jako przerywnik, który niewiele wnosi do tematu “najemników”. Historia młodocianego gangstera, który w Legii spędza 3 MIESIĄCE w zasadzie nie wiadomo dlaczego w tej książce się znalazła. Więcej tu opisów w pomorskiego półświatka niż wartościowych informacji w temacie, o którym książka miała traktować.

Następnie autor przytacza historię czterech żołnierzy Jednostki GROM, którzy na początku czerwca 2004 roku rozpoczęli pracę dla amerykańskiej firmy Blackwater. Z końcem maja zakończyli służbę w Wojsku Polskim i wrócili do Bagdadu już jako cywilni kontraktorzy. Niestety w sobotę 5 czerwca 2004, kilka dni po rozpoczęciu kontraktu, na skutek zasadzki na drodze z Pałacu Wodnego na lotnisko dwóch z nich (“Kaśka” i “Żuku”) poniosło śmierć. Dwaj pozostali Polacy, którzy w zasadzce zostali ranni wrócili po tym zdarzeniu do kraju.

Historia pakistańska

Dalej w książce “Psy wojen. Od Indochin po Pakistan” pojawia się historia pakistańska, czyli problemy z bezpieczeństwem Geofizyki Kraków prowadzącej badania dla British Oil. Jeśli pamiętacie we wrześniu 2008 roku Talibowie porwali Piotra Stańczaka – jednego z pracowników tej firmy. Za jego uwolnienie zażądali uwolnienia swoich przyjaciół z pakistańskich więzień. Władze w Islamabadzie się nie ugięły i nasz rodak w lutym 2009 zapłacił za to głową. Książka zahacza o ten wątek i opisuje dalsze prace nad poprawą bezpieczeństwa przez zatrudnionych “doradców” w postaci emerytowanego policjanta, żołnierza z brygady powietrzno-desantowej, a także… weterana z Formozy.

Wspomniany “polski seal”, który jak wielu ludzi z Wojsk Specjalnych został zmuszony do przejścia na emeryturę przez polityków majstrujących przy emeryturach i dodatkach musiał szukać swojego miejsca na rynku cywilnym. A łapał się różnych “fuch”. Począwszy od wspomnianego “doradztwa” w Pakistanie po ochronę statków przed somalijskimi piratami.

Koniec książki “Psy wojen. Od Indochin po Pakistan” to smutna refleksja, którą sami obserwujemy od jakiegoś czasu. Co raz więcej pseudo-specjal(ist)sów, którzy za niewielkie pieniądze są gotowi narażać życie swoje i innych. Pracodawcy chętniej sięgają po pracowników z Ukrainy czy Bałkanów, którzy gotowi są narażać się za kilkaset dolarów miesięcznie. 

Wróćmy jednak do książki. Czy jest to lektura warta polecenia? W cenie jaka obecnie widnieje za tą pozycję w księgarniach można się skusić. Nie jest to jednak pozycja, którą czyta się jednym tchem z wypiekami na twarzy. Na nudę w czasie epidemii się nada, ale raczej nie będzie to jedyna książka jaką chcielibyśmy zabrać na bezludną wyspę. 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.