Opowieści z wojny – Basra wita.

Czekamy

Siedzimy na płycie lotniska gotowi do przerzutu. Słońce grzeje nasze ciała jakby lato nas witało. W powietrzu czuć chłodny wiaterek, który smaga twarz i daje lekkie orzeźwienie. Nuda zabija. Czekanie to coś standardowego w wojsku czy siłach specjalnych. Zawsze albo się czeka albo się goni coś albo kogoś. My ten czas wyczekiwania organizowaliśmy sobie różnie.

Jedni czekali na płycie pilnując gratów i szpeju. Inni urządzali sobie podśmiechujki z czegokolwiek i z kogokolwiek. Od czasu do czasu ktoś coś powie śmiesznego z ostatnich robót czy jakąś anegdotkę z kursu czy z roboty, a i z życia coś ciekawego aby wszyscy mogli się pośmiać. Jest to też czas na wymianę spostrzeżeń i uwag, wymianę wiedzy i doświadczenia z robót. Jednak najczęściej i najlepiej nam wychodziło darcie łacha samych siebie.

Jak gość tylko się stawia, oporuje i zaczyna walczyć słownie to każdy na niego siada i drze z niego łacha. Tworzy się taka loża szyderców, do której każdy szybko dołącza aby zaraz zmienić obiekt żartów. Musisz być gotowy na atak kolegów. Nigdy nie wiadomo kiedy trzeba zrobić kontrę i odkuć się dobrą ripostą lub przemilczeć – to tez dobra taktyka. Tak zabijaliśmy sobie czas czekając na śmigłowce.

Chinook to piękna bryka.

Sam warkot łopat przecinających powietrze robi dobre wrażenie, a jego walory lotnicze czy ładunkowe to już majstersztyk. My oprócz plecaków i sprzętu do walki musieliśmy załadować łodzie tak nam potrzebne na akwenie w Basrze. Proces załadunku to prosta sprawa – 6 chłopa i wchodzi łódź. Na pokład na nią sadza się drugą, która jest niemal już równa sufitowi śmigła. Wokół ustawia się ludzi w rynsztunku bojowym, a sprzęt ciężki jak plecaki czy broń ciężka i wyrzutnie, czy granatniki ppanc wkłada się do środka łodzi.

Tak też i my zrobiliśmy. Chłopaki z załogi usztywnili łodzie pasami, aby podczas lotu nie przesuwały się i byliśmy gotowi do przerzutu. Czekaliśmy już tylko na zgodę od naszego dowódcy Task Force i przylotu śmigieł ubezpieczających. Chinook to super bryka, ale jej uzbrojenie to 3 karabiny i musi mieć wsparcie śmigłowców uderzeniowych. Inaczej to łatwy kąsek do zestrzelenia.

Zapakowaliśmy się do środka jak sardynki w puszce tyle miejsca jest dla nastu ludzi ze szpejem plus 2 łodzie typu avon. Ściśnięci, jeden koło drugiego wzbiliśmy się w powietrze w locie niskim nad ziemią obierając kierunek na Basrę.

Lot ptakiem okazał się bardzo krótki. Dystans pomiędzy punktem desantowania i wylotu to raptem kilkadziesiąt kilometrów. Ledwo się człowiek wzbił w powietrze, a już mówią ze schodzimy do lądowania. Piękne widoki pustyni wokół robią wrażenie. Jest tu co tu podziwiać!

Wszędzie piasek. Pustynia jak u nas w Sopocie, czy Mielnie. Tylko, że tego jest więcej, a człowiek liczy na odrobinę chłodnego powietrza. A jak zobaczy coś zielonego to tak jakby na panoramę Bieszczad patrzył. A tu tylko parę drzewek, krzaków. Taki pseudo las generalnie skupiony wzdłuż rzeki.

Chemiczny Ali

Lądowaliśmy na płycie dla śmigłowców w otoczeniu kilkunastu pałaców. Pałace robią wrażenie. Przepych, marmur, złoto wbija się w oczy. Nawet ślepy by je zauważył. Wręcz krzyczą – patrz człowieku i podziwiaj przepych kultury i dyktatury. Ten kompleks pałacowy był do dyspozycji generała, którego ludzie zwali Chemiczny Ali. To jeden z najbliższych współpracowników Saddama Husseina. Ali Hasan al-Madżid ur. 30 listopada 1941, zm. 25 stycznia 2010 – iracki wojskowy, kuzyn dyktatora Iraku Saddama Husajna.

Nazywany “Chemicznym Alim” i “Rzeźnikiem Kurdystanu”, ze względu na wydanie rozkazu ataku gazowego na Kurdów w Halabdży w 1988 roku oraz przeprowadzenie antykurdyjskiej operacji Al-Anfal, podczas której również na szeroką skalę użyto broni chemicznej. Jej ofiarą padło, według różnych źródeł, od 50 tys. do 200 tysięcy ludzi. W 1991 na rozkaz Saddama Husajna Ali Hasan al-Madżid przeprowadził brutalną pacyfikację powstania szyitów, podczas której wielokrotnie dopuścił się masowych zbrodni na cywilach. Informacje o tych rzeziach na ludności świat doskonale wiedział, gdyż główne dzienniki i telewizje świata informowały ludność o masakrze. Ale jak to bywa – co daleko od nas, to nas nie interesuje.

Pełnił funkcje ministra obrony, ministra spraw wewnętrznych oraz gubernatora Kuwejtu po agresji Iraku na Kuwejt. Jak widać z jego życiorysu był ważną osobistością w rządzie Saddama Husseina. W trakcie II wojny w Zatoce Perskiej 2003 roku, dowodził siłami irackimi podczas bitwy pod Nasirijją. Został schwytany 23 sierpnia 2003. Oskarżony został o zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo. W lipcu 2007 skazano go na śmierć za udział w wojskowej kampanii przeciwko Kurdom od lutego do sierpnia 1988. 29 lutego 2008 został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok ten potwierdzono 2 grudnia 2008. Za rozkaz zrzucenia bomb chemicznych na Halabdżę ponownie skazany na śmierć został 17 stycznia 2010. 25 stycznia 2010 został stracony przez powieszenie.

Czas wysiadać

Co by nie mówić Janki ze swoimi rumakami umieją latać. Te ich godziny spędzone w powietrzu widać i czuć mistrzowską rękę doświadczonego pilota. Sam przelot w niskim pułapie daje człowiekowi poczucie napędzania emocji. Adrenaliny że zaraz wejdzie do akcji. Czuć tę atmosferę walki, prochu. Podniecenie, że zaraz się wchodzi na cel.

Walnięcie tylnymi kołami o płytę jest sygnałem, że chinook dotknął ziemi. Szybkie spieszenie ze śmigła człowiek dostaje po oczach. Ciemność ogarnia go na sekundę zanim zorientuje się gdzie iść, gdzie jest. A to tylko światło uderzyło go po oczach. Normalne kiedy lecisz w ciemny śmigle oczy przyzwyczajają się szybko do ciemności, a szokiem jest dla mózgu kiedy promienie słoneczne wdzierają się do oczu. Nie pomagają okulary przeciwsłoneczne ani gogle. To trzeba przeżyć. Kilka sekund jak kilka kroków do zmiany środowiska i organizm sam się szybko dostosowuje do otoczenia. Taki to nasz organizm. Trzeb znać jego słabości.

Wylewamy się na strony i spokojnym krokiem odchodzimy na kilkadziesiąt metrów. Zrzucamy plecaki i wracamy, aby zabrać nasze torby i inny sprzęt. Pozostały jeszcze łodzie, ale to gruba sprawa. Tutaj trzeba sekcjami po kilka osób aby zabrać sprzęt. Jakoś tak jest w naszej pace że nikogo nie trzeba prosić aby przyszedł i zabrał się do roboty. Ten element również szybko organizujemy i wykonujemy. Nikomu nie chce się zbytnio długo przebywać na otwartym terenie wziąwszy pod uwagę że z miasta teren widać, a snajperzy nie próżnują.

Skromny pałacyk

Ciągniemy sekcjami do pałacu. Wybór nie jest łatwy, tyle tego że człowiek nie wie, który zająć. Sprawę wyjaśniają nowi gospodarze, którzy podzielili pałace pomiędzy Angoli, Janków i nas. Nam przypadł bardzo skromy pałacyk. Zapewne dla służby. Łodzie zrzuciliśmy do kanału. Amerykańscy sternicy sprawdzili je, a my szybciutko do pałacu, aby zająć dobre lokum. Tu jest wojna i każdy metr się liczy. Pakujemy się po kilku do pokoi czy salonów, które maja po kilkaset, czy kilkadziesiąt metrów. Salon w którym się lokuję ma kominek, a to dobre miejsce aby rozłożyć swoje graty i wykorzystać je jako szafkę. Marmur jako szafka. A kto bogatemu zabroni biednie żyć. Wielkiego wyboru nie ma. Karimata, śpiwór, plecak pod głowę, broń długa, hełm od ściany na wysokości klatki zawsze pod ręka. Układam się w mundurze buty rozsznurowuję, kładę się. Jest luzik.

Czas dla nas. Możemy się przygotować do następnego dnia bez pospiechu. Cały obiekt pałacowy wraz z przedmieściem Basry zdobyli Brytyjczycy. Nie wdawali się w wymianę ognia. Gdzie napotkali jakiś większy opór wzywali lotnictwo, czy artylerie i zamiatali ziemie. Niby takie to proste, a skuteczne od wieków. My mieliści sprawdzić centrum miasta zlokalizowane nad wodą. Obiekty wzdłuż rzeki i wszystko to co znajduje się na wodzie lub w bliskim kontakcie z wodą.

Zwiedzanie

Teraz po rozłożeniu bambetli, przebraliśmy się w lekkie cywilne ubrania. Broń założyliśmy na plecy i pomaszerowaliśmy zwiedzać pałace. Pałace jak to pałace. W jednym byli ludzie. Inne stały puste. W każdym brakowało mebli, klamek, żyrandoli. Zostały wyczyszczone do zera. Miejscowa ludność dobrze się spisała. Odebrała to na co przez całe życie pracowała. a marzyła tylko o części tego narodowego bogactwa.

My po zerknięciu do paru pałaców, trzasnęliśmy sobie parę fotek i wróciliśmy do swojego pałacu. Jak to bywa oczekiwania były duże aby zobaczyć przepych władców wschodu i opowieści o wielkim bogactwie, a wyszło jak zwykle. Trochę tak jakby polski maruda powiedział wyszło po polsku.

Brytyjskie parówki

Wracając ze zwiedzania spotkaliśmy Brytoli, którzy zajęli pałac obok nas, a swoje bryki rozstawili przed pałacem. Więc nadarzyła się chwila na wymianę paru zdań i towaru. W świecie wojny handel to dobra sprawa a wymianie podlega jedzenie. Wymieniłem się z nimi na MRE brytyjskie.

Od marca do maja 2003 r. Na obrzeżach Basry odbywały się jedne z najcięższych walk podczas inwazji na Irak w 2003 r . Siły brytyjskie pod dowództwem 7. Brygady Pancernej zajęły miasto 6 kwietnia 2003 r. Miasto to było pierwszym przystankiem dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii podczas inwazji na Irak w 2003 r. Nasza rola to zajęcie i sprawdzenie drogi morskiej tak potrzebnej do przerzutu całej infrastruktury wojennej.

Zaraz po wymianie poszedłem do swojego lokum. Odpaliłem brytyjską eske i nie uwierzyłem. Kopara mi opadła. Oczy wytrzeszczyłem – parówki. Mega jedzenie. Dawno nie widziałem i nie smakowałem. Chłopaki z pokoju również się podłączyli. To było coś nowego w naszym menu. Pierwszy raz mieliśmy możliwość zjedzenia brytyjskiej eski (MRE). Otworzyłem pojemnik, a tu paróweczki małe w sosie toffi. Jak to jeść panie? Przez gardło nie przeszło mi. Nowe smaki, nowe klimaty, ale nie dla mnie. Poszło na wymianę z kimś komu taki klimat smakowy nie przeszkadzał.

Szukanie przygody

Noc minęła szybko spiąć w mundurze i z butami na nogach ze szpejem obok w pełnej gotowości. Jeszcze słońce dobrze nie wstało, a my już spakowani i gotowi do roboty. Noc była dla nas sprzymierzeńcem, wiec szybko przemieściliśmy się na łodzie. Ruszyliśmy na szukanie przygody, która czekała już na nas za rogiem.

Szyk łodzi na wolnych obrotach. My trzymający sektory wbijamy się powoli w centrum miasta płynąc po rzece i kanałach. Mijamy statki, na których brak oznaczeń że zostały sprawdzone. To nasza robota. Bez względu na to czy to statek duży, mały kuter czy tankowiec. Sprawny czy nie. Każdy musimy zostać sprawdzony i musi zostać odhaczony przez nas. Lecimy jeden po drugim torując sobie drogę do głównego portu. To dla nas priorytet – stacja przeładunkowa dla dalszej inwazji.

Robota jak robota. Zajmujemy statek po statku. Łódź po łodzi. Każdy dzień jest taki sam. Każda noc taka sama. W dzień czy nocy przejmujemy statki. Im więcej tym lepiej, bo szybciej jak skończymy to będziemy mogli wrócić do Kuwejtu na parę dni odpoczynku. Spędzamy w okolicach Basy i w jej dorzeczach oraz kanałach dobry tydzień. Zmęczenie, brak snu, ciepłych i dobrych posiłków, czy wody powoli daje się we znaki. Jak jesteśmy zmęczeni i widać po nas, dowódca grupy zadaniowej podaje komendę odbój i wracamy do pałaców na odpoczynek kilku godzinny. W tym czasie Brytole wraz z Jankami prowadzą nadzór nad przejętym obszarem.

Koszary na przedmieściach

Cisza i spokój każdego dnia to dla nas dobry sygnał, że inwazja idzie do przodu, a wojska irackie się wycofują. Czasami tylko zabłąkany snajper iracki, czy wolny strzelec zakłóca nasza ciszę ostrzeliwują nasze pozycje i zakłócając naszą prace. Wracaliśmy do pałacu kiedy dostaliśmy info, że wojska irackie przeszły do kontrofensywy i zajęły stare koszary na przedmieściach. My mieliśmy swój kierunek i swój cel. Atak z wody na obiekt przy wsparciu łodzi płaskodennych pamiętających czasy wojny wietnamskiej, ale mega sprawnie sprawdzających się w walce w kanałach i rożnego rodzaju dorzeczach, gdzie poziom wody jest niski. Ich uzbrojenie to 12,7mm karabin browninga oraz karabiny maszynowe średnio po jeden sztuce na łódź. Ktoś tam na górze podjął decyzje o wysłaniu nas, aby przejąć ten obiekt przy współpracy z Angolami i Amerykanami atakującymi z lądu, a my wyskoczymy na brzeg i zrobimy atak z wody. Plan genialny.

Przystąpiliśmy do szybkiej odprawy. Dowódca zrobił szybki briefing dla nas. Choć tu nie było co omawiać i prezentować. Plan jest prosty, a jedynie co może pójść nie tak to siła ognia przeciwnika większą niż nasza. A tego się spodziewaliśmy. Wręcz byliśmy tego pewni, że z M4 i granatnikami oraz karabinami 12,7mm to za dużo nie powojujemy. To za mało na dobra wymianę ognia i przejęcie koszarów po gwardii.

Będzie jatka…

Weszliśmy na łodzie. Ułożyliśmy plecaki na burtach, aby były naszą osłoną. Broń na sektory. Przytuliłem się do dna łodzi i w szyku liniowym płynęliśmy na spotkanie z zadaniem. Z każdą sekunda, z każdym przepłyniętym metrem docierało do mnie oblicze potęgi zagrożenia. Będzie ciężko. Słabo to widziałem. Łodzie z szyku liniowego weszły w tyralierę. Moc silników weszła na większe obroty. Strzelcy spięli ciała. Brzdęk odbezpieczonej broni przerwał skupienie. Czułem, że teraz idzie na ostro. Będzie jatka…

Dobijamy do brzegu. Szybko wrzucamy plecaki na brzeg. Wyskakujemy w pełnym ubezpieczeniu z łodzi. Podbiegam kilkanaście metrów do przodu. Zdobywam trochę ziemi, piasku dla nas. Dołączają chłopaki. Układamy się na ziemi w tyralierze po parę metrów od siebie. Jesteśmy gotowi na kontakt. Łodzie odbijają od brzegu aby dać nam osłonę z flanek.

Leżymy.

Cisza.

Brak ruchów.

Noc nam sprzyja.

Noktowizory dają nam przewagę widzialności nad przeciwnikiem. Robimy skok do przodu. Parę metrów i zalegator. Wstaję, jak i cała sekcja. Lecimy do pierwszego budynku. Drzwi częstuje z kopa tuląc się plecami do ściany. Wchodzimy przez drzwi i rozchodzimy się po pomieszczeniach. Reszta składu ubezpiecza nas z zewnątrz. Zajmujemy budynek. Dajemy czas na przejęcie przez drugą sekcje budynku na przeciwko. Wchodzą. Zajmują. Widzimy ich przez okna kiedy my ich ubezpieczamy. Mamy już dwa budynki zajęte. W budynku łatwiej walczyć niż na otwartej przestrzeni.

Łodzie stoją na wolnych obrotach dając nam wsparcie z wody. Przeskakujemy z jednego budynku do drugiego. Chłopaki z sekcji drugiej ubezpieczają nasze podejście do następnego budynku. Szybkie zdobycie następnego obiektu. Plan powtarza się, aż dochodzimy do końca obiektów. Zero przeciwnika. Zero oporu. Brak walki z ich strony. Obiekt przejmujemy bez wymiany ognia. Widzimy tylko pył kurzu wywołany wycofującym się w pospiechu wojsku irackim. Cos tu nie pasuje. Oddali obiekt bez walki, konfrontacji.

Szykujemy się do kontrataku z ich strony

My szykujemy się do kontraktu z ich strony. Z obiektu robimy stronghold – nasza twierdzę. Ustawiamy się w dogodnych miejscach dla nas, mając na uwadze wgląd w teren. Obieramy dogodne sektory. Ustawiamy czujki w wrażliwe miejsca. Wracam po swój plecak i kolegi. Chłopaki łodziowcy będą nas ubezpieczać z wody, a my ich z lądu i w ten sposób zamknęliśmy krąg zabezpieczenia bazy z każdej strony. Jesteśmy ubezpieczeni. Zarzucam plecaki i wracam do budynku. Przejmuje warte na posterunku. Chłopaki kładą plecaki i rozkładają karimaty. Nikt nie wyciąga śpiworów ani nie luzuje butów. Nikt nie myśli o spaniu czy leżeniu. Ustawiamy wodę, amunicje w dogodnych miejscach, karabiny , ludzie na sektorach. Czekamy.

Nawet gwardziści Chemicznego Alego uznali, że walka o ich koszary jest mało ważna, kiedy naprzeciwko ma się siły specjalne wsparte siłami brytyjskimi i amerykańskimi pod dowództwem 7. Brygady Pancernej. Przelicznik jest prosty. Za dużo strat, a efekt raczej byłby mizerny. Pokłosie walk z przed kilku dni daje dowódcom irackim do myślenia że każdy zastój, opór z ich strony, czy próba walki to od razu powoduje mega ogień artylerii czy lotnictwa na ich pozycje. Tak działają współczesne siły specjalne. Jak można to nie wdają się walkę z wojskami pancernymi czy piechotą – nie ta jednostka ognia, tylko korzystają ze wsparcia lotniczego i niszczą cele zanim zdąży ktoś pomyśleć o walce.

Ciąg dalszy nastąpi…

O Autorze “Opowieści z wojny”:

TOMASZ „ZAMOŚĆ” NEPELSKI

Właściciel firmy SOF Tactics by Tomasz Nepelski. Oficer rezerwy. Operator z 24-letnim doświadczeniem w służbie Ojczyźnie – w tym 19 lat w JEDNOSTCE SPECJALNEJ GROM.

Instruktor technik antyterrorystycznych, strzelectwa, wspinaczki skałkowej oraz survivalu. Absolwent wielu uczelni krajowych w tym: Szkoły Chorążych w Toruniu, Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pułtusku oraz Nadbużańskiej Szkoły Wyższej im. Marka J. Karpia w Siemiatyczach. Swoje 24-letnie doświadczenie zdobywał podczas operacji specjalnych w rejonie Zatoki Perskiej, Bliskiego Wschodu oraz Azji Środkowej.

Zobacz także:

strona internetowa SOF Tactics by Tomasz Nepelski

strona na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *