Operacja Szakal – część V

[…]kiedy zorientowaliśmy się, że Ci “źli”(kolejne słowo, obok “wyeliminować”, mające sprawić abyśmy czuli się “tymi” lepszymi. Co ciekawe druga strona stosuje tą samą retorykę ) próbują nas okrążyć, a my wciąż czekaliśmy na wsparcie Irackiej 8 Dywizji, nasz dowódca postanowił wezwać jako wsparcie nasze HIND’y tzn. MI-24 – śmigłowce szturmowe nazywane latającymi czołgami.

W tym miejscu muszę Wam powiedzieć, że widok lecącego MI-24 strzelającego z działka oraz widok pocisków uderzających w cel… bezcenny, szczególnie kiedy jest on po naszej stronie. Nie wiem czy kiedykolwiek nasze 24-ki robiły to wcześniej, ja o tym nie słyszałem. Co więcej, po nas były używane już częściej, również wspierając amerykańskie oddziały operujące w Diwaniji. Generalnie poza wcześniej opisanymi wydarzeniami miały miejsce inne, chociażby takie, że obok naszych pojazdów wbił się “erpeg”, na szczęście nie eksplodował, jedynie odłamek kamienia zranił naszego kumpla lekko w twarz (rana bojowa jak nic liczona podwójnie).

W międzyczasie nasz kolega i jego SAKO wraz z No.2 StarejPaki zajęli dogodniejsze pozycje strzeleckie na pobliskim budynku. Po jakiś czasie usłyszałem po radiu, że (nazwijmy go K.) dostał, chłopaki są pod ostrzałem i w związku z powyższym uprzejmie proszą o ubezpieczenie przy wycofaniu ze swojego stanowiska (wiecie, brzmiało to nieco inaczej, moja pamięć mnie już zawodzi… ale jak to ładnie brzmi “proszą uprzejmie…” ). Nie zastanawiając się zmontowałem szybko ekipę “ratunkową”, no dobra tego już nie jestem pewny, ale chciałbym żeby tak było…w sensie, że ja i w ogóle .

Wbiegliśmy po schodach na dach budynku, nieco pogubiliśmy się w plątaninie zakamarków (po 10 sekundach, które trwały wieczność już przestałem doszukiwać się logiki inżyniera – architekta w tym gąszczu), dobiegliśmy do muru i zajęliśmy pozycje. Teraz postanowiłem (tak, tego już jestem pewny więc mogę sobie przypisać ten czyn) upewnić się co do dokładnego umiejscowienia pozycji chłopaków i skoordynowania naszych działań. Nawiązałem łączność z chłopakami, określili swoją dokładną pozycję, ustaliliśmy plan działania (bardzo skomplikowany… na 3 dajemy im wsparcie ogniowe, a oni wycofują się do wyjścia. Tu warto zaznaczyć, że chłopaki byli nieco pod nami).

Taa wiemy, że nie zaczyna się zdania od “więc”… więc na 3 zaczęło się (jak w “Helikopter w ogniu, co było jedynie preludium, analogia nasuwała się sama, ale o tym później) po paru sekundach lub magazynku, sam już nie wiem, dostaliśmy informację po radiu, że chłopaki bezpiecznie się wycofali. Teraz kolej na nas (może wydaje się to nieco działaniem nad wyraz, ale jak chłopaki mówili, na naszym murze aż kotłowało się od pocisków tych “złych”), szybko i sprawnie wycofaliśmy się do zejścia na dół, dając sobie wzajemnie osłonę ogniową.

Na dole okazało się, że K. dostał postrzał w okolicę ramienia. Rana była na tyle niegroźna, że K. był w stanie samodzielnie się poruszać oraz dalej działać. Nasz iracki QRF w końcu dojechał, teraz stanowiliśmy już pokaźną siłę. Padł rozkaz do wyjazdu z rejonu i powrocie do bazy. Nie pamiętam z jakich względów znowu znaleźliśmy się na śmieciarce (ale wydaje mi się, że z powodu braku miejsc na pojazdach), pisząc My, mam na myśli ekipę, która nią przyjechała plus paru “nowych”, łącznie z naszym rannym.

W ruch poszły “dymy”, my i “odyńce” ustawieni na burtach śmieciarki ruszyliśmy całym konwojem (już wiecie skąd ta analogia do “helikoptera…”) do “domu”. K. W pozycji półsiedzącej gotowy do podawania nam swoich magazynków (sam nie mógł strzelać, a chcąc być użytecznym znalazł sobie robotę), obok niego na podłodze… cała ekipa irackich żołnierzy mało skorych do walki. Obok chłopaki i “odyńce” walą, ja nie widząc celu nie strzelam, próbuje ocenić sytuację, rozglądam się, widzę jak iraccy gunnerzy w pojazdach zamiast strzelać (lub przynajmniej być gotowym do tego), pochowali się, pięknie myślę sobie…

Odwracam się do tyłu, widzę szyby, okna, nagle pękają i lecą z nich tafle szkła. Moja myśl “o kur…a walą z mojej strony”, odwracam się na swoją burtę szukam celu… strzelam, w tym momencie No.2 który był po mojej lewej, osuwa się na kolana i krzyczy – “dostałem”. No kur… a, jeszcze piękniej, pomyślałem. Odziak, który był obok szybko działa, wkłada łapę pod kamizelę i wyciąga – nie ma krwi. Nie ma czasu na dogłębne sprawdzanie. Kumpel po chwili mówi, że jest ok i może walczyć, dołącza do mnie. Po tych paru minutach strzały cichną, wydaje się być bezpieczniej.

Teraz nie uwierzycie w to co Wam opowiem… nasz miejscowy ORF w przypływie szaleńczej odwagi postanawia włączyć się do walki, której już nie ma i otwiera… ogień. Nie chcę tego opisywać ale… działo się. Dla nas jest to okazja aby sprawdzić co się dzieje, co z chłopakami i takie tam. Ja mam możliwość rozejrzenia się po burcie i odkrywam, że kula która trafiła kumpla była na mojej wysokości (ruch i kąt sprawił, że on dostał nie ja), który to już raz dzisiaj – myślę sobie.

Dojeżdżamy do Bramy Północnej i już czuje się w pełni bezpiecznie, dojeżdżamy do bramy głównej, tam czekają karetki, pół “bazy” na “murach”. Szybka przesiadka na Hammera i jedziemy do dowództwa SGPSz-u (Samodzielna Grupa Powietrzno-Szturmowa), niestety wtedy nie działaliśmy w takim podporządkowaniu i przyporządkowaniu jakie byśmy sobie życzyli (nie są to słowa skierowane do chłopaków z kawalerii, którzy robili tam naprawdę wspaniałą robotę).

Po tym szybki wjazd do siebie, zrzucenie betów, sprzętu, woda… jest czas na ekscytację i rozmowy… papieros, kawa. Po robocie czas analizy, oceny, wyciągnięcia wniosków. Chłopaki zostali opatrzeni i zaraz wrócili. No. 2 dostał w magazynki, kula przebiła je, przeszła przez kevlar kamizelki i zatrzymała się na skórze w okolicach pępka, nie wyrządzając żadnych obrażeń poza drobnym krwawieniem. K. także opatrzony, tu już postrzał poważniejszy ale bez większych obrażeń, przynajmniej na tamten czas (w “jułesej” już byłby order u nas…nic).

Jak już wiecie z wcześniejszych postów “Odyńce” zaraz zjawili się u nas dopytać o rannych chłopaków i… zwyczajne podziękować. Wg. nich gdyby nie my prawdopodobnie by stamtąd nie wrócili (to znajdziecie w poście niżej, jak i informacje w jaki sposób nam podziękowali i w jaki sposób oni zostali odznaczeni). Co do tego w jaki sposób zostaliśmy my odznaczeni za tą robotę to mogę Wam powiedzieć, że… w żaden. Nawet jestem pewny, że większość osób w Jednostce nie jest świadoma tego co się tam wydarzyło. Mimo, że w mojej ocenie znalazło się tam mnóstwo osób, które powinno dostać odznaczenia. Ich postawa, bohaterstwo powinno być wykładnia dla nowych “samurajów” (tak żeby nie było ZBYT patetycznie ) i powinna zostać należycie doceniona.

Niestety kiedy próbowałem, jakiś czas temu, poruszyć tę sprawę w sposób nieformalny, usłyszałem, że… już za późno na to aby odznaczyć żołnierzy po tylu latach. Nawet nie próbowałem sprawdzić tego formalnie. Teraz już wiem, że czyny bohaterskie mogą zostać… przedawnione. Ale nie to jest najważniejszą lecz to abyśmy wspólnie szerzyli i promowali przeszłe, obecne i przyszłe Polskie Działania Specjalne.


Pozostałe części tej historii.

Autor

Krycha

ex-operator Jednostki Wojskowej Komandosów, prowadzący obecnie szkolenia jako jeden z filarów C.T.C_operators.

#starapakaJWK #CTCOperators

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *