“Myślałem, że najgorsze już za mną” – wspomnienia Papaya

Papay, okolice Ghazni 2009. Źródło: ze zbiorów autora.

Selekcja

Na temat selekcji krąży wiele anegdot i każdy swoją pamięta oczywiście w szczególny sposób. Operatorzy żartują, że dla każdego akurat ta, którą przeszedł, była tą najcięższą. Zaś na czyjeś pytanie/stwierdzenie, że „my chyba razem byliśmy na selekcji”, można często usłyszeć żartobliwą odpowiedź: „nie wiem, nie oglądałem się do tyłu”. Dla mnie moja selekcja była oczywiście trudna, zgodnie z tym, co się utarło: „ciało umiera trzeciego dnia, potem maszeruje głowa”. To stwierdzenie faktycznie się potwierdziło podczas etapu w górach, kiedy właśnie trzeciego dnia nastąpiło załamanie pogody i kandydaci jeden po drugim zaczęli odpadać. Na przygotowaniach pod kątem selekcji nabawiłem się zapalenia ścięgien Achillesa, ostatnie dwa dni szedłem po górach w adidasach, ponieważ do butów górskich nie mieściły mi się opuchnięte stopy. Jak to w takich sytuacjach bywa, żeby przetrwać, trzeba myśleć tylko o kolejnym kroku i tak w kółko. Miałem postanowienie, że dopóki mogę zrobić następny, to go robię; jeżeli padnę i nie będę mógł, to wtedy przed sobą będę usprawiedliwiony.

Po ukończeniu selekcji myślałem, że najgorsze już za mną.

Służba

Po tym, jak przeszedłem etap selekcyjny, przyszło mi jeszcze długo czekać na zaproszenie do Jednostki. Do kadr dzwoniłem regularnie co dwa, trzy miesiące, żeby się dowiedzieć, że na razie oficerów nie potrzebują, a tak w ogóle to nie wiadomo, czy jeszcze nas przyjmą. Przez ten okres czasu wyroki kadrowe poprowadziły mnie przez trzy garnizony. Rok nawet byłem oficerem sekcji personalno-wychowawczej! Wtedy było to dla mnie jak koszmar, jednak doświadczenie, jakie wtedy zdobyłem, przydało mi się w wielu późniejszych sytuacjach.

Kurs

Po dwóch i pół roku oczekiwania w końcu dostałem wyczekiwany telefon i usłyszałem, że zostałem zakwalifikowany na kurs. Pełen optymizmu przybyłem do Jednostki, gdzie jeszcze przez dwa tygodnie miałem czekać na rozpoczęcie właściwego szkolenia. Na czas oczekiwania przydzielono mnie do Zespołu Bojowego. W związku z tym, że nie byłem jeszcze po kursie, miałem przywilej przebywania w „skrzynkowni”, czyli miejscu, gdzie operatorzy przechowują swój sprzęt spakowany do realizacji różnych zadań. Zabawne było to, że operatorzy, którzy schodzili tam po coś, z reguły pytali, czy już zrobiłem trening, lub mówili, żebym poszedł pobiegać. Niezwykle przyjemny był moment, kiedy poszedłem pobrać sprzęt, potrzebny mi podczas kursu, a później w Zespole. Po raz pierwszy w moim żołnierskim życiu poczułem się jak dzieciak w sklepie z zabawkami. Na dodatek, co w poprzednich jednostkach było nie do pomyślenia, do przewiezienia tego całego szpeju dostałem landrovera. Teraz wydaje się to oczywiste i naturalne, ale wtedy jako osoba zaraz po przyjściu z prawdziwego MON doznałem lekkiego szoku. Nie musiałem wypisywać kwitów o pojazd, szukać kierowcy, rozliczać wszystkiego. Dostałem kluczyki i naprzód do magazynu!

O kursie mówi się, że to fajna męska przygoda, jest tylko jeden warunek: musisz go ukończyć, inaczej będziesz to wspominał jak najgorszy koszmar. I faktycznie: podczas kursu poczułem, że selekcja to było miłe wspomnienie w porównaniu do tego, co tu się działo. W moich wspomnieniach wszystko to zlewa się w jedną wielką przygodę, ale zdaję sobie sprawę, na jak wiele wyrzeczeń każdy musiał być gotowy.

Zespół

Po roku od przybycia do jednostki ukończyłem kurs i wreszcie zostałem przyjęty do Zespołu Bojowego. Jak to w większości organizacji – znowu byłem „młodym”. Mimo kilkuletniego stażu oficerskiego moje doświadczenie nie było na tyle imponujące, by korzystać z pełni praw „starego” operatora. Do zespołu trafiliśmy wraz z kilkoma kolegami w momencie, kiedy duża część obsady była na misji. Rozpoczął się kolejny etap szkolenia i zbierania doświadczeń. Atmosfera była luźniejsza niż na kursie, mile zaskoczyło mnie profesjonalne podejście do „roboty”. Nie trzeba było nikogo niańczyć, prosić, wielokrotnie sprawdzać, każdy starał się dobrze wykonywać swoje obowiązki. Jak mi powiedział starszy kolega: selekcja to proces ciągły, nikt nie chce na misji mieć w swojej sekcji słabych elementów. Na początku starałem się postępować zgodnie z tym, co przeczytałem jeszcze w szkole oficerskiej w książce Kryptonim „Bravo Two Zero” Andy’ego McNaba: „znajdź kogoś dobrego w swojej robocie i postaraj się go naśladować”. Na swojej drodze w Jednostce spotkałem wielu pasjonatów wojennego rzemiosła. Miałem od kogo się uczyć, za co jestem tym osobom bardzo wdzięczny, zdobyte tu doświadczenie wielokrotnie ratowało mnie z opresji. Mam cichą nadzieję,
że i ja byłem dla kogoś inspiracją do działania.


Fot.  Papay, okolice Ghazni 2009. Źródło: ze zbiorów autora.

Przytoczony fragment wspomnień Papaya pochodzi z kwartalnika „Bezpieczeństwo. Teoria i Praktyka” z 2020 roku wydawanego przez Krakowską Akademię im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.  Całość możecie pobrać ze strony kwartalnika. Do czego gorąco zachęcamy tak jak i do lektury całego numeru poświęconego Jednostce Wojskowej GROM.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *